Na liczniku odsłon mamy:

hit counter
free web counter

Map IP Address
Powered byIP2Location.com

czwartek, 23 października 2008
7 tłustych lat iPoda
23 października 2001 r., premiera iPoda. Odbyła się prawie bez przytupu. Owszem, była specjalna impreza z udziałem Jobsa i zaproszonych dziennikarzy, owszem Jobs mówił o "tysiącu piosenek w kieszeni", ale pamiętajmy, że było to niespełna półtora miesiąca po 11 września, nikt nie miał głowy do jakiegoś muzycznego gadżetu Apple'a. Pomysł wydawał się chybiony tym bardziej, że pierwszy iPod kosztował 500 dolarów. I miał 5 GB pojemności (dziś w niższej cenie można kupić klasycznego iPoda 160 GB albo iPoda touch). Ktoś, kto chciał wtedy wieszczyć dzisiejszy sukces iPoda, musiał być wizjonerem albo szaleńcem.

Pamiętam, że sam na pierwszego iPoda patrzyłem bez entuzjazmu (co oczywiście nie przeszkodziło mi to po kilku miesiącach kupić ten gadżet). Za to mój przyjaciel Piotr był zachwycony: "to jest coś, na co czekałem - mówił. Takiego odtwarzacza nie ma jeszcze na rynku i mam gdzieś, że kosztuje 500 dolców. Chcę go mieć." Jak powiedział, tak uczynił.

Od tamtego czasu iPody towarzyszą nam codziennie. Najpierw "classiki" 5 GB, potem iPody drugiej generacji, iPody photo, iPody nano, wreszcie dziś - najwyższa forma iPoda czyli iPhone. Nie zmienia się jedno - w kieszeni mamy wciąż tysiące piosenek, a ostatnio dodatkowo setki zdjęć i po kilka filmów.

Cena 500 dolarów była zaporowa, podobnie jak fakt, że dzialały wyłącznie z Macintoshami. Dlatego pierwszy milion iPodów sprzedał się dopiero po trzech latach. Dziś co kwartał sprzedaje się po 10-11 mln odtwarzaczy Apple'a. Skąd to szaleństwo? Po pierwsze iPody z każdą generacją są coraz lepsze i pojemniejsze. I tańsze. Po drugie, nawet ci, którzy mają już iPoda często nie poprzestają na jednym. iPod classic do samochodu, iPod nano albo iPhone do biegania, a czasami gdzieś w szufladzie kurzą się jeszcze stare iPody poprzednich generacji.

Pytanie, co będzie dalej z iPodem. Z jednej strony podgryza go iPhone, czyli najwyższa forma iPoda z wbudowanym telefonem. Ale kupno iPhone'a wiąże się przeważnie z koniecznością wykupienia abonamentu telefonicznego, a iPoda można wziąć z półki w supermarkecie rtv i wyjść płacąc w kasie. 75 proc. rynku w USA i ponad połowa rynku światowego to też poważny argument na rzecz iPoda. To rynkowy standard de facto, do którego już dawno dostosowały się firmy motoryzacyjne, linie lotnicze i producenci wszelkiego rodzaju gadżetów. A jak ktoś raz kupi iPoda, ładowarkę do niego, samochód z odpowiednim złączem i na dodatek wieżę "iPod friendly", to co kupi, kiedy iPoda zgubi albo zepsuje? Zune'a Microsoftu? A może Sansę czy Creative Zen? Rzecz jasna, że kupi iPoda, bo do niego ma przystosowany cały ekosystem gadżetów.

I dlatego ten rynek ma szansę jeszcze długo napędzać sprzedaż iPodów.

poniedziałek, 07 lipca 2008
Open'er, czyli jazda

Na zdjęciu: początek świetnego niedzielnego koncertu GoldFrapp na głównej scenie

Kolejny Open'er za nami. O wrażeniach z tegorocznej edycji napisano już całe płachty tekstu. Ja dodam tylko, że z trzeciego, nie opisanego przez Roberta Sankowskiego dnia największe wrażenie zrobił na mnie Massive Attack - oprócz muzyki ich show niósł też wolnościowe przesłanie na telebimie. I tu miłe zaskoczenie - zespół bardzo poważnie podszedł do koncertu w Polsce i sporą część tekstów przetłumaczył na polski. Co więcej, Robert Del Naja kilka razy podkreślał ze sceny, że szalenie się cieszy, iż może grać tu, "gdzie wszystko się zaczęło", tu gdzie dzięki ludziom ze stoczni działa się historia. Ciekawe czy rozumie, czemu Polacy sami chcą sobie obesrać tę legendę?

Ale najważniejsza była muzyka. Kto jeszcze nie był nigdy w Gdyni na Open'erze, ten niech żałuje i przyjeżdża w przyszłym roku. Kto był, ten na pewno przyjedzie za rok.

A propos jechania, jestem w sporym szoku, że udało nam się dojechać do Gdańska w 5,5 godziny i wrócić do Warszawy w podobnym czasie (odpowiednio piątek i poniedziałek). To dość dobry dowód na to, jak nisko upadliśmy komunikacyjnie. 350 km w 5,5 godziny to wyczyn. Gdybyśmy mieli porządne drogi, powinno to zająć góra 3,5 godziny. A 5,5 godziny udało nam się osiągnąć głównie dlatego, że... w Mławie zjechaliśmy z głównej drogi do Gdańska (7) i jechaliśmy opłotkami (mapa poniżej). Jazda nieco gorszymi, ale pustymi drogami daje lepszą średnią niż telepanie się "siódemką" i samobójcze próby wyprzedzania. A przy tym można podziwiać naprawdę przepiękne krajobrazy. Dla jasności dodam, że po tych bocznych drogach jechaliśmy zgodnie z obowiązującymi ograniczeniami prędkości.

Najważniejsze jednak było to, że 20 km za Malborkiem mogliśmy przetestować oddany kilka miesięcy temu kawałek autostrady A1. Wprawdzie to raptem niecałe 30 km, ale droga prosta, równa droga i bez skrzyżowań, a na dodatek dobry wjazd na trójmiejską obwodnicę (doceni to każdy, kto miał kiedyś okazję stać w korku przed rondem od strony Tczewa).

I pomyśleć, że gdyby nie działalność budowniczych IV RP autostrada A1 mogłaby sięgać dziś do Grudziądza i kosztować ułamek tego, ile będzie kosztować.


Wyświetl większą mapę

czwartek, 15 maja 2008
Nagroda dla Wajdy i koniec transformacji

Mała impresja z dzisiejszej - właściwie już wczorajszej - uroczystości w firmie: przyznanie Andrzejowi Wajdzie tytułu Człowieka Roku 2008 "Gazety Wyborczej" (jakość średnia, bo to nagranie z komórki).

Jak zauważył Adam Michnik nagroda może wyglądać na kumoterstwo - bo to u Wajdy w mieszkaniu podpisano umowę założycielską spółki Agora, wydawcy "Gazety" - ale dzisiaj historia zatoczyła ciekawe koło: jeden z ojców-założycieli "Gazety" zostaje Człowiekiem Roku w dniu, kiedy Bank Światowy ogłosił, że polska gospodarka oficjalnie zakończyła okres transformacji.

Oczywiście wielu ludzi popuka się w głowę: czy od tego oświadczenia przybędzie mi coś w portfelu? Bezpośrednio rzecz jasna nie, ale poza lepszym samopoczuciem taka opinia oznacza też zapewne rychło większą wiarygodność kredytową naszego kraju, a co za tym idzie niższe koszty pożyczania pieniądza. A że tych pieniędzy wciąż nasz budżet pożycza mnóstwo, mogą z tego być całkiem zacne oszczędności.

Ale po tej dygresji wrócę na chwilę do "Gazetowej" imprezy. Prawdziwą rewelacją była laudacja wygłoszona przez prof. Janusza Tazbira. O historii filmów Wajdy i historii w filmach Wajdy profesor opowiadał z taką swadą, sypiąc jak z rękawa anegdotami z kolejnych epok historycznych, że słuchało się tego doskonale. Ot choćby tego, że choć Andrzej Wajda szalenie dba o zgodność swoich filmów z historycznymi realiami, to i jemu nie udało się ustrzec od drobnych wpadek - ale co tam, kolejkę Paryżan po chleb w "Dantonie" można mu wybaczyć (choć zdaniem profesora Tazbira kolejek po chleb w czasie Rewolucji Francuskiej być nie mogło - nowa władza bardzo dbała pod tym względem o obywateli).

A zresztą sami przeczytajcie i obejrzyjcie laudację prof. Janusza Tazbira.

wtorek, 29 kwietnia 2008
Abonament na dobre i na złe
Komentarz z dzisiejszej drugiej strony "Gazety":

TVP z misyjnym stemplem
TVP walczy o zachowanie abonamentu. Nic dziwnego, w 2007 r. było to 27 proc. jej przychodów. Reszta to wpływy z reklam, jak w telewizjach komercyjnych. W niedzielę TVP wyświetlała przed wszystkimi programami „pieczątkę", że finansowano je z abonamentu, czyli że to owa mityczna misja, o której tyle słychać, a tak rzadko ją widać.
Z abonamentu zakupiono więc podobno „Gumisie" czy wieczorny włoski film „Czas religii". To w „Jedynce”, a w „Dwójce” „misyjną pieczątką” opatrzono serial „Na dobre i na złe” (telenowela o szpitalu w Leśnej Górze, który byłby chlubą NFZ, gdyby tylko istniał). Serial jak serial, na tle innych telenowel trzyma niezły poziom, ale żeby zaraz dzieło misyjne?
Misyjny argument jest tym bardziej bałamutny, że „Na dobre i na złe" - jak wiele innych telenowel - to dla TVP dojna krowa. Reklamy wokół serialu trwają po kilka minut - tyle, na ile pozwala telewizji publicznej ustawa. TVP zgarnia za nie po kilkaset tysięcy za odcinek. Powinno wystarczyć na zakup serialu, i to z górką.
Zresztą serial nie jest finansowany wyłącznie z pieniędzy TVP. Producent zawiera intratne kontrakty choćby na tzw. product placement. To, że serialowa dr Zosia Burska zmienia fiata na opla, to nie widzimisię scenarzysty, tylko ukryta reklama, za którą producent samochodu płaci duże pieniądze.
Ten, kto nam wmawia, że TVP dopłaca z abonamentu, by widzowie mogli obejrzeć przygody szlachetnych lekarzy z Leśnej Góry, ma nas za idiotów. Chyba że w TVP okruszki z abonamentu przypadają z rozdzielnika każdemu programowi - i spektaklowi Teatru Telewizji, i gwiazdom tańczącym na lodzie.
Rzeczniczka TVP tłumaczy, że „stempel nadawano przed wszystkimi audycjami, ponieważ - zgodnie z ustawą o radiofonii i telewizji oraz przyjętą w ustawodawstwie europejskim definicją misji publicznej - misję publiczną wypełniają wszystkie audycje - o bardzo zróżnicowanym charakterze i różnej strukturze gatunkowej”.
Ale ponad rok temu Jonathan Todd, rzecznik komisarz UE ds. konkurencji, tak wyjaśniał, dlaczego Komisja Europejska zaczęła badać zasady finansowania mediów publicznych w Polsce: „Chodzi o to, żeby pieniądze przekazywane przez państwo lub z abonamentów nie służyły do finansowania »komercyjnej« części programu”.
Społeczna zrzutka na TVP idzie na dobre i na złe. I warto wiedzieć, czy trafia na misję, czy na "Misję specjalną".

czwartek, 10 kwietnia 2008
Polska Szkoła Filmowa już bez byków!
Brawa dla Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej - Kazimierz Kutz jest już Kazimierzem, nie Tadeuszem, zgadzają się też wszystkie fotosy. Nie wiem czy interwencja nastąpiła z powodu wczorajszego wpisu, ale jeśli rzeczywiście ktoś z PISF zaregował na to, co napisałem - dziękuję.

Popcorn wprawdzie został, ale niech tam :)

Gdyby jeszcze dało się te filmy obejrzeć nie tylko pod Windows, ale i pod Linuksem czy Mac OS X...

środa, 09 kwietnia 2008
Polska Szkoła Bykowa

Polski Instytut Sztuki Filmowej miał świetny pomysł, żeby przygotować stronę na 50-lecie Polskiej Szkoły Filmowej. Strona wygląda zacnie, można nawet wypożyczyć sobie film przez internet za marne 3 czy 5 zł. Absolutna rewelacja. No, prawie. Bo znakomity skądinąd efekt psuje kilka wpadek.

Pierwszy byk można znaleźć w dziale "Reżyserzy". Tadeusz Kutz? Pan Kazimierz jest osobą o fantastycznym poczuciu humoru (za "Upał" postawiłbym mu pomnik), więc pewnie się uśmieje zobaczywszy tę wpadkę PISF. Ale głupio to wygląda. Tym bardziej, że Kazimierz Kutz pojawia się w mediach bardzo często - jest przecież posłem - i z jego imieniem i nazwiskiem można się było osłuchać.

Kolejne wpadki można wypatrzeć w dziale "Filmy". Tu już trzeba bardziej sokolego oka i obycia z filmami PSF, ale wspólnie z kolegami z działu kultury wypatrzyliśmy trzy zdjęcia nie pasujące do tytułów ("Świadectwo urodzenia" - fotos z filmu "Salto"; "Zimowy zmierzch" - fotos z "Niewinnych czarodziejów" i "Kwiecień" - fotos na pewno nie od tego filmu, bo w "Kwietniu" z 1961 r. nie ma w obsadzie Zbyszka Cybulskiego).

I jeszcze drobiazg, ale wymowny. Na ekranie przed pobraniem filmu pojawia się zachęta, żeby rozsiąść się w fotelu i obejrzeć wygodnie film. "I tylko o popcorn musisz zadbać sam..." Coś mi tu zgrzyta, niczym popcorn między zębami. "Kanał" to przecież nie "Spiderman".

piątek, 31 sierpnia 2007
Sprawa Litwinienki, sprawa Kaczmarka

Nie za bardzo wierzę w przypadki i znaki opatrznościowe, ale początek i koniec dzisiejszego dnia chyba uznam za taki znak. Kiedy przy porannej kawie włączyłem TVN24, pasek informacyjny był już rozgrzany do czerwoności informacjami o zatrzymaniach Janusza Kaczmarka i Konrada Kornatowskiego. W ciągu dnia grzał się jeszcze bardziej - szukano Ryszarda Krauzego. Egzekutywa IV RP zwarła szeregi i przeszła do kontrataku.

A dwa dni wcześniej dostałem zaproszenie na przedpremierowy czwartkowy pokaz filmu o Aleksandrze Litwinience. Kiedy sobie o tym przypomniałem oglądając film z zatrzymania Kaczmarka i kolejne relacje w TVN24, poczułem się nieswojo. Ale naprawdę ponuro zrobiło mi się po wyjściu z kina.

"Bunt. Sprawę Litwinienki" powinien zobaczyć każdy. Zwłaszcza przed przyspieszonymi wyborami. Rzecz jasna film dotyczy Rosji, mówi o drastycznych przypadkach naruszania praw człowieka, zabójstwach, zamachach terrorystycznych i przestępstwach popełnianych przez służby specjalne działające za cichym przyzwoleniem państwa. Tego (na szczęście) u nas nie ma. Ale poranna pokazowa akcja ABW i prokuratury, nagonka na Krauzego i coraz bardziej niepokojące informacje o wszechobecnych podsłuchach - to wszystko aż prosi, żeby pewnych porównań dokonywać.

Porównanie pierwsze jest oczywiste. Według opowieści Litwinienki Putin et consortes doszli w Rosji do władzy dzięki wzbudzeniu poczucia zagrożenina i tęsknoty za szeryfem, który weźmie to wszystko za mordę. U nas nikt nie wysadzał bloków mieszkalnych. Ale przed wyborami mieliśmy do czynienia z niewyjaśnioną do dzisiaj (!) sprawą serii atrap bomb w Warszawie. I roztaczanie wizji wszechobecnej korupcji - w biznesie, służbie zdrowia, a nawet w polityce (wszędzie poza PiS). Obecność wszechpotężnego układu i szarych sieci to oczywista oczywistość - wmawia się nam codziennie.

Porównanie drugie - czy Janusz Kaczmarek to polski Litwinienko? Daleki jestem od takich analogii, ale Litwinienko pracował przecież w FSB, które trudno uznać za zastępy aniołów i archaniołów. A jednak w którymś momencie coś w nim pękło. Zbuntował się. Wystąpił na konferencji prasowej, gdzie oskarżył FSB o działalność przestępczą. I tak jak dzisiaj w przypadku Kaczmarka też dziwiono się - czemu wcześniej tego nie zrobił, co robił wśród tych zbirów? I tak jak w przypadku Kaczmarka, za wszelką cenę próbowano go skompromitować, zastraszyć. W jednej ze scen sąd uniewinnia Litwinienkę od absurdalnego zarzutu i kiedy ten tylko wychodzi z klatki na sali sądowej, pojawia się FSB z nakazem ponownego aresztowania - za coś innego. A potem kolejne nagranie, gdzie jeden z agentów szkolonych przez Litwinienkę w desperacji mówi, że kazano mu zeznawać przeciw "Saszy". A kiedy odmówił, napuszczono na niego zbirów z jednej z moskiewskich mafii.

Porównanie trzecie nasuwa się w związku ze słowami francuskiego filozofa Andre Glucksmanna. Co doprowadziło Rosję do takiego stanu? "Zbrodnia obojętności" - mówi Glucksmann. Nie zwracanie uwagi na zło, odwracanie się od niego. I do tego jeszcze słowa ś.p. Anny Politkowskiej, zamordowanej rosyjskiej dziennikarki. W filmie opowiada o jednym z tekstów, który właśnie napisała. "Kiedy go pisałam, było mi niedobrze, jakbym zanurzała się w sedesie" - wyznaje Politkowska. Wykryła, że jeden z terrorystów, którzy zaatakowali teatr na Dubrowce... dostał pracę w administracji Putina. "Artykuł ukazał się rano. Mamy popołudnie. I co? I nic." - śmieje się nerwowo Politkowska.

Namawiam, idźcie do kina na "Bunt". I ostrzegam - będzie bolało.

Foto: AP

piątek, 02 marca 2007
Wszyscy jesteśmy artystami?
Niewidzialna ręka Web 2.0 to także ty!Polecam ciekawy tekst Zbyszka Basary o skutkach Web 2.0 dla kultury i mediów. Zasadniczy dylemat brzmi: czy w czasach, kiedy każdy może tworzyć i publikować bez żadnego skrępowania, mając miliardy potencjalnych odbiorców w sieci, przetrwają tradycyjne środki przekazu, tradycyjni artyści?

Cytowany w tekście prof. Jaron Lanier, autor eseju "Cyfrowy maoizm" biadoli, że zbiorowa mądrość serwisów społecznościowych potrafi wypaczać obraz świata. Gdyby archeolog z XXX wieku dokopał się do archiwów Digg czy Wykopu, doszedłby pewnie do wniosku, że najważniejszą informacją w naszych czasach był eksperyment z mentosami i colą. A co z tsunami, tarczą antyrakietową, Iranem, czy - z naszego podwórka - lustracją i raportem o WSI? Internetowy ogół ma to raczej gdzieś.

Ale problem wydaje mi się, że to trochę sztuczny. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie czerpie całej swojej wiedzy o świecie z sewisów społecznościowych. Tradycyjne media mogą spać spokojnie: ludzie zawsze będą potrzebować kogoś, kto wyłowi z informacyjnego szumu to, co najistotniejsze, przeanalzuje, poda na tacy. Owszem, media uważnie przyglądają się internetowym trendom, ale czy to oznacza, że będą tworzyć wyłącznie treści "pod publiczkę"? Nie sądzę. Internet ma tę zaletę, że można podać tacę z dużym wyborem przekąsek, a gość (czytelnik) wybiera sobie sam, co mu smakuje.

I drugi problem: czy wszyscy jesteśmy artystami i koniec już z Parnasem? Na pewno dzięki internetowi łatwiej zaistnieć. Czy bez YouTube możliwa byłaby kariera Brooke Brodack, czy choćby - nie przymierzając - popularność Muppet Sejmu? Ale internetowy szał to dopiero pierwszy krok w długiej drodze. Do kariery przez duże "K" nadal potrzeba medialnej (a nawet multimedialnej) machiny promocyjnej. Cóż z tego, że będziesz gwiazdą YouTube, skoro nie zobaczy cię twoja babcia w Polsacie czy TVN"? Jedna emisja "Muppet Sejmu" w "Szkle kontaktowym" nadal daje wielokrotnie więcej widzów, niż nawet miesiąc obecności w YouTube.

A zatem Web 2.0? Owszem, tak. Ale jeszcze nie całe życie toczy się w sieci. Na całe szczęście.

Foto via www.veryweb.it