Na liczniku odsłon mamy:

hit counter
free web counter

Map IP Address
Powered byIP2Location.com

Kategorie: Wszystkie | Apple | Archiwum X | Humor | Kultura | Muppet Sejm | Polityka | Variactwo | Warsztat
RSS
piątek, 22 maja 2009
Allo, allo po polsku, czyli fałszowanie na Katarynie

„Wiemy, kim jest najsłynniejsza anonimowa blogerka Kataryna, która od lat ostro ocenia dziennikarzy i władzę” - obwieścił w piątek rano triumfalnie „Dziennik”. A potem przez cały dzień na oczach internautów rozgrywała się burleska żywcem z brytyjskiego serialu „Allo, allo”.

Niewtajemniczonym należą się dwa słowa wyjaśnienia. „Allo, allo” to opowieść o okupowanym przez Niemców francuskim miasteczku Nouvion, w której przewija się francuski ruch oporu, niemieccy oficerowie, gestapowiec Herr Flick, lotnicy, których trzeba przemycić z powotem do Anglii i przede wszystkim pulchniutki właściciel miejscowej restauracji Rene Artois, którego z jednej strony nakłania do współpracy ruch oporu, z drugiej - nachodzą Niemcy. A jemu chodzi tylko o spokój i o to, żeby obściskiwać się z kelnerkami w tajemnicy przed żoną. Dowcip w „Allo, allo” polega głównie na tym, że co chwila ktoś udaje kogoś, kim nie jest: a to Anglicy i Niemcy przebierają się za francuskich wieśniaków, a to Rene włoży hitlerowski mundur. Każdy oszukuje każdego, bo głównym celem wcale nie jest wygranie wojny, ale zagarnięcie skarbu, czyli obrazu „Upadłej Madonny z wielkim cycem” pędzla niejakiego Van Clompa. Słowem - życie w Nouvion to „Himalaje hipokryzji”, by zacytować klasyka.

Oglądając wczoraj rozwój „afery katarynowej” poczułem się jak w Nouvion. Michelle z ruchu oporu (Kataryna) napisała na słupie na rynku: „Herr Flick jest gupi”. Herr Flick (minister Czuma) jest wściekły i chce się dowiedzieć, kto to napisał. Rene („Dziennik”) ma podejrzenia i próbuje „dotrzeć” do autorki obraźliwego napisu. Chwali się nawet, że z nią rozmawiał („Dziennik” z 19 maja), ale nie do końca wie kto to, bo widział ją tylko po ciemku.

Jednak już trzy dni później w Nouvion wybucha bomba: Renee wychodzi na rynek i ogłasza, że wie, kim jest autorka napisu. Ale nie powie. No, może powie tylko tyle, że pracuje dla ruchu oporu, a jej imię zaczyna się na M. Nim Rene zdąży wrócić za kontuar, w miasteczku wszyscy już wiedzą, że to Michelle.

Michelle się nie ujawnia, za to pisze na słupie, że Renee to świnia, bo ją szantażował. Obiecał bronić przed Herr Flickiem, ale tylko wtedy, jeśli Michelle odda mu się w piwniczce z winami. Na dodatek straszył ją, że jak się nie ujawni, to porozmawiają z nią niemieccy oficerowie („Fakt”), którzy już tacy subtelni jak on nie będą. Michelle odmówiła, więc Rene wszystko wypaplał.

Lawina ruszyła, a na Rene oburzyli się niemieccy oficerowie, którzy do tej pory całymi dniami przesiadywali u niego w restauracji i spiskowali z nim, by zgarnąć obraz „Upadłej Madonny”. Najpierw naśmiewali się z tego, że Rene koloryzuje opowieści o Michelle (a przecież sami drżąc przed Herr Flickiem potrafią opowiadać nie takie historie z palca wyssane). Najbardziej oburzyło ich jednak, że ktoś może nimi kogoś straszyć. „Nigdy nie interesowaliśmy się Michelle. Nigdy nie zamierzaliśmy ujawniać tożsamości tej osoby. Jesteśmy wściekli, że ktoś może używać nas w kontekście szantażu” - grzmieli pułkownik von Strohm i porucznik Gruber w obwieszczeniu nalepionym na słupie.

I nie pomogły nawet krokodyle łzy żony Rene Madame Edith (Piotr Zaremba), która biadoliła, że „źle się stało, że Michelle ma prawo odnieść wrażenie, jakoby Rene na nią polował (...) Współczuję Michelle stresu i bardzo nie chciałabym, aby przerywała działalność w ruchu oporu z powodu tego, co opowiada Rene.” Rene wszyscy w miasteczku zaczęli uważać za świnię.

Cała ta historia to festiwal hipokryzji wszystkich mieszkańców internetowego Nouvion: Michelle mogła wszak podpisać się pod swoją opinią, Herr Flick mógł nie irytować się z powodu byle napisu, Rene mógł nie wykorzystywać sytuacji i nie naciskać na Michelle, a przede wszystkim mógł trzymać język za zębami. Niemieccy oficerowie i madame Edith mogli sobie darować teatralne gesty oburzenia na Rene. W końcu w tym serialu wszystkim i tak chodzi nie o to, jaką kto zagra rolę, ale przede wszystkim o obraz Madonny. Upadłej.

niedziela, 10 maja 2009
Tytuły w "Gazecie", czyli...

20-lecie "Gazety" to okazja do wspomnień, zwłaszcza kiedy ma się do dyspozycji takie narzędzie jak Gazetopedia. Naprawdę chapeau-bas, drodzy koledzy z internetu. Brawo za pomysł, realizację i macowy cover flow w przeglądarce stron.

Każdy w "Gazecie" ma rzecz jasna pod ręką porządne archiwum, w którym nawet można oglądać PDF-y. Ale w archiwum nie da się przeglądać tak wygodnie jedynek, jak w Gazetopedii. Wczorajsze popołudnie i wieczór spędziłem na sentymentalnej podróży od połowy lat 90. do 30.04.2009 r. (poprzednią część podróży od 1989 r. odbyłem w piątek).

Działo się trochę, przez te wszystkie lata. Sporą część tych jedynek pamiętam doskonale, bo albo byłem redaktorem prowadzącym dane wydanie, albo miałem jakiś tam wkład w powstanie niektórych tekstów. Prowadzący i autorzy tekstów są podpisani. Za to autorzy tytułów - nie zawsze. Bo nie zawsze autor tekstu jest też autorem tytułu. Wymyślanie tytułu do tekstu to osobna sztuka, zwłaszcza kiedy chodzi o pierwszą stronę. I zwłaszcza w "Gazecie". Jeśli dobrze pamiętam na temat tytułów "Gazety" napisano nawet pracę magisterską (swoją drogą, z chęcią bym ją przeczytał).

Mistrzem, od którego uczyłem się tej sztuki był Darek Fedor, kiedyś sekretarz redakcji, dziś - w dziale wydającym kolekcje książkowe "Gazety". To dzięki niemu nauczyłem się wielu językowych łamańców i nowego spojrzenia na to, co można zrobić ze słowem. To Darek wymyślał takie perełki jak "Wielka uczęga" (na początek naszej akcji edukacyjnej). Kiedyś po prostu zabił mnie tytułem czołówki "Hoży z umorzenia" (2.07.2003) - tekst mówił zmianach w prawie karnym, m.in. o tym, że policja będzie mogła szybciej umarzać niektóre sprawy, dzięki czemu ma działać sprawniej.

Pamiętam mój pierwszy tytuł w "Gazecie" z 27.06.1997 r. Na jedynce pojawił się tylko w odsyłaczu spod tekstu, za to w dziale zagranicznym opatrzono nim tekst otwarciowy. Chodziło o stację Mir, która zaczęła się sypać, tymczasem Rosja twierdziła, że ich cud techniki polata jeszcze długo. Wymyśliłem tytuł "Moskwa nie wierzy w złom". Poszedł w trochę zmienionej wersji: "Moskwa wierzy w złom", ale i tak byłem z niego dumny.

Potem takich satysfakcji było więcej, nie tylko z pojedynczych tytułów, ale i rzeczy, które zostają na dłużej, tak jak nazwa akcji "Szkoła z klasą" (potem kopiowana niemiłosiernie w najrozmaitszych konfiguracjach, poczynając od teleturnieju w TVN "Dzieciaki z klasą" - sami przyznacie, że brzmi trochę toporniej...?). Albo nazwa działu w "Gazecie" ("Z drugiej strony") czy hasło promujące nasz internetowy serwis - "Wyborcza.pl - wychodzi 24 godziny na dobę".

Jak wymyśleć dobry tytuł? Powiem szczerze - nie wiem do dziś. Są takie dni, kiedy nie sposób niczego wymyśleć. Są takie teksty, do których naprawdę ciężko cokolwiek wydumać. A czasami wystarczy dobre skojarzenie (z filmem, książką, znanym cytatem), przestawienie jednej litery, podzielenie jakiegoś wyrazu czy połączenie kilku w jeden. Nie ma gotowego przepisu i dlatego ta zabawa daje tyle satysfakcji. Tak jak ostatnio, kiedy czeski senat przyjął Traktat Lizboński i mogliśmy na czołówce dać tytuł "EUROPA SIĘ CZESI".

Zapraszam na krótką podróż po moich jedynkowych tytułach:

sobota, 09 maja 2009
20 lat "Gazety" w mediach - postscriptum
Nie udało mi się nagrać i obejrzeć wczorajszego materiału z "Wydarzeń" Polsatu, ale mam za to fragment programu w Polsat News - rozmowę z Sewkiem Blumsztajnem:

Polsat News o 20-leciu "Gazety Wyborczej" from macdac on Vimeo.

Jak zwykle można też było liczyć na "laurkę" od niezawodnego Bronisława Wildsteina. A więc tak na drugą nóżkę, wczorajszy program "Bronisław Wildstein przedstawia":

Część 1:

Część 2:

Część 3:

piątek, 08 maja 2009
20 lat mignęło (tak, że niektórzy nie zauważyli)

To nie scenografia ze "Star Treka" tylko scena na 20. urodziny "Gazety".

8 maja 1989 r. przygotowywałem się do matury. Nawet nie pamiętam czy w ogóle wiedziałem, że tego dnia wyszedł pierwszy numer "Gazety Wyborczej". Historia działa się gdzieś w Warszawie, 100 kilometrów dalej. Ja zastanawiałem się, jakie będą tematy z polskiego i czy zdążę przerobić wszystko do biologii. Na pewno nie mogłem wtedy nawet przypuszczać, że w "Gazecie" przeżyję największą przygodę życia, która trwa już 15 lat.

Jesienią 1989 r. zacząłem studia w Warszawie, od razu trafiając w sam środek wielkich zmian, które przechodziła Polska. Plan Balcerowicza, rozpad PZPR, wybory prezydenckie - wszystko to działo się gdzieś obok, przeplatane studiami, życiem w akademiku, poznawaniem nowych ludzi. Gdzieś pewnie przewijała się i "Gazeta", ale - dalibóg - kompletnie jej nie pamiętam z tego czasu.

Pierwsze świadome wspomnienie o "Gazecie" to rozmowa w agencji reklamowej Grey bodaj w 1993 r. Trafiłem tam jeszcze jako student, z ogłoszenia. Szukali copywriterów. Pomyślałem - czemu nie. Przez kilka minut przysłuchiwałem się jakiejś mikroburzy mózgów z udziałem Kota Przybory, z którym byłem umówiony na rozmowę. Zdaje się, że chodziło o jakiś konkurs dla motocyklistów albo z możliwością wygrania motocykla. Nawet wtrąciłem jakieś uwagi. Grey mnie nie zatrudnił, ale z rozmowy z Kotem Przyborą zapamiętałem jedno: "takie ogłoszenia o pracy dajemy w 'Wyborczej', nikt poważny nie może sobie pozwolić na to, żeby ich tam nie dawać."

Ale do samej "Gazety" trafiłem dopiero w 1994 r., kiedy powstał dodatek "The Wall Street Journal Europe" (tak, tak - wydawaliśmy to kilkanaście lat przed "Dziennikiem" :). Mój przyjaciel Piotr Gillert (dziś korespondent "Rzepy" w USA) zatrudnił się tam jako tłumacz. A że pracy było w bród, szybko zaczęli szukać kolejnych tłumaczy. Poszedłem, zdałem test i 13 czerwca 1994 r. zaczęła się przygoda z "Gazetą".

Zaczynałem jeszcze kiedy logo było pionowe. Przeszedłem przez "The Wall Street Journal Europe", dział gospodarczy, dział nauki, dodatek komputerowy, nasz raczkujący portal, by w końcu wrócić do redakcji, do działu gospodarczego. Po drodze byłem świadkiem wchodzenia Polski do NATO, do Unii, licznych wyborów, afery Rywina, a także wzlotu i upadku IV RP. Poznałem fantastycznych ludzi, którzy tworzą "Gazetę" i historię.

A w końcu poznałem moją żonę, która - jak się okazało - chodziła do tego samego żłobka przy Iwickiej, w którym powstawały pierwsze numery "Gazety". Takiej życiowej klamry w życiu bym sobie nie wymyślił. A przecież to wszystko się zdarzyło.

Na zdjęciu obok: moja żona Joasia w żłobku przy Iwickiej.
"Gazeta" pojawi się tu dopiero za kilkanaście lat.

Tak, to było niesamowite 15 lat.

Oczywiście nie śmiałbym oczekiwać fety z okazji własnego 15-lecia pracy w "Gazecie" (zwłaszcza, że to dopiero za miesiąc), ale że media będą milczeć o 20. urodziny samej "Gazety" - to już mnie dziwi. Chlubne wyjątki to "Polityka" i PAP oraz "Onet", który przedrukował depeszę PAP-a [update: jak pisze w komentarzu matesky - duży materiał zrobiły też "Wydarzenia" Polsatu - thx i Polsatowi za materiał, i matesky'emu za info]. Pozostałe media solidarnie milczą. "Fakty" TVN - ani słowa, "Wiadomości" TVP - cisza. TVN24.pl - nic, Dziennik.pl - nicht. "Rzepa" - nada (o pardon - jest trzyakapitowa notka z PAP o przyznaniu tytułu "Człowieka Roku 'Gazety Wyborczej'" Tadeuszowi Mazowieckiemu). Milczy też "Polska The Times", Wirtualna Polska itd.

Można "Gazety" nie lubić, ale to kawał historii. Ignorowanie tego kawałka historii przypomina trochę zachowanie małego dziecka, które sądzi, że jak zamknie oczy, to strach zniknie. Ale czy jest sens iść przez życie z zamkniętymi oczami?

środa, 31 grudnia 2008
2009, czyli...
Drodzy czytelnicy bloga:

W tym roku czekamy na:

  • recesję - ale tylko w dziedzinie głupoty i nadęcia polityków
  • spadek - ale tylko po bogatym (jeszcze) dalekim krewnym z Ameryki
  • minusy - ale tylko takie, które razem dają plus

Ale przede wszystkim życzę wam więcej kredytu wzajemnego zaufania i aby cały ten rok dało się wziąć za dobrą monetę. :)

piątek, 03 października 2008
Google AD 2001

Niesamowitą zabawę przygotowało Google na swoje dziesiąte urodziny - stronę, na której można przeszukiwać internet z 2001 r. (starszego indeksu ponoć już nie ma).

I pomyśleć, że po wpisaniu hasła "Nasza-klasa" jako pierwszy wpis wyskakuje strona (nieistniejąca) na serwisie republika.pl. Jakaś klasa G w składzie: chłopcy:. Łukasz (żaba). Konrad (kądziel). Kamil (jurak). Łukasz ( świerk). Marceli. Krzyś (leman). Grzegorz. Wojtek. Przemek (walduś) .... Niestety, nic więcej się nie zachowało (nawet sieciowe archiwum nie pomaga).

A może ktoś z tamtej klasy (http://republika.pl/klasa_g/klasa.htm) przypadkiem wpadnie na tego bloga i opowie coś więcej o tej stronie?

PS. Sprawdziłem - w wersji z 2001 r. po wpisaniu "PiS" na pierwszym miejscu pojawia się strona o brukselskim pomniku Maneken Pis, potem Press Information Services z Kolumbii, Palestinian Internet Services, Pistoleiros Solitarios Clan i Prażska informacni slużba. W wersji z tego roku na pierwszym miejscu jest strona wiadomej partii. Ech, życie :)

piątek, 29 sierpnia 2008
Klub Tęcza demonstruje

Jak zwykle w czasie dużych demonstracji Warszawa wygląda jak giełda autokarowa, zwłaszcza w okolicach Dolnego Mokotowa, gdzie mieści się redakcja "Gazety". Tak się złożyło, że powędrowałem dziś w okolice Łazienek (jeszcze więcej autokarów) i stanąłem oko w oko z takim oto autobusem wynajętym przez związkowców z "Solidarności".

Czyżby klub prezesa Ochódzkiego Ryszarda? :)

piątek, 25 lipca 2008
”Dziennik” wyśledził tekst ”Gazety” sprzed miesiąca

Polscy internauci, którzy ściągali z sieci muzykę i oprogramowanie, są masowo szantażowani przez mało znaną szwajcarską firmę i współpracującą z nią warszawską kancelarię prawniczą. W całym kraju użytkownicy sieci otrzymują listy: albo wpłacą kilkusetzłotowe sumy na rzecz spółki, albo ich sprawy trafią do prokuratury. - czytamy w dzisiejszym "Dzienniku". "Dz", jak pisze, dotarł do kulis tego procederu. Jak? Chyba czytając archiwum "Gazety". Konkretnie sprzed miesiąca - z 21 czerwca.

Internauci ściągający gry, filmy czy muzykę dostają pisma od warszawskiej kancelarii prawniczej, która straszy sądem i żąda odszkodowań za piractwo. Adresy i nazwiska internautów prawnicy dostają od policjantów - Pisaliśmy na drugiej stronie "Gazety".

A następnego dnia kontynuowaliśmy temat: Mocne dowody czy psychologia strachu? Na co liczy kancelaria prawnicza Obig, żądając odszkodowań od osób podejrzewanych o piractwo internetowe i grożąc im procesami?.

Na wszelki wypadek podpowiadam - nieco ponad tydzień temu "Gazeta" rozpoczęła też cykl tekstów na temat propozycji drastycznych zmian w prawie autorskim związanych z piractwem. Na wypadek, gdyby śledczy z ”Dziennika” ”dotarli do projektów ustaw w Ministerstwie Kultury”, przypominam początek naszego tekstu z 15 lipca:

Konfiskata komputera, grzywna, odcięcie od internetu - takich kar dla piratów internetowych domagają się od Ministerstwa Kultury stowarzyszenia twórców i producentów muzyki, filmów i oprogramowania.

Foto: Rafał Mielnik/AG

środa, 23 lipca 2008
Panta rhei
Czy to jest reklama kontekstowa?

Wall Street trzeźwieje
Nie ma wątpliwości. Wall Street się schlała. Schlała się i ma teraz kaca. Pytanie jak długo będzie trzeźwiała i jak długo wytrzyma bez próbowania tych fikuśnych instrumentów finansowych.

Kto to powiedział? Prezydent Bush w piątek na spotkaniu w Houston. Spotkanie miało być prywatne, Bush poprosił nawet o wyłączenie kamer przed wygłoszeniem tej uwagi. Ale rzecz jasna znalazł sie ktoś, kto nagrał to telefonem komórkowym i wrzucił do YouTube'a. Od wtorku trąbią o tej wypowiedzi wszystkie amerykańskie serwisy.

A Bushowa analiza giełdowego kryzysu w USA jest zaskakująco trafna. I tym ciekawsza, że wygłoszona przez człowieka, który sam kiedyś miał problemy z alkoholem. Filmik z Houston można obejrzeć poniżej:

 
1 , 2 , 3 , 4