Na liczniku odsłon mamy:

hit counter
free web counter

Map IP Address
Powered byIP2Location.com

Kategorie: Wszystkie | Apple | Archiwum X | Humor | Kultura | Muppet Sejm | Polityka | Variactwo | Warsztat
RSS
sobota, 12 kwietnia 2008
Rzeczpospolita windowsowa

Do weekendowych przemyśleń przeklejam mój tekst z sobotniej "Gazety":

Rzeczpospolita windowsowa

Co by się działo, gdyby rząd zadekretował, że jedynym autem dopuszczonym na polskie drogi jest fiat albo citroën? A jednak pozwalamy, by państwo zmuszało nas do używania systemu operacyjnego Microsoftu.

Człowiek bez dostępu do nowoczesnych środków komunikacji staje się dziś obywatelem drugiej kategorii. Na szczęście w komórkach, komputerach i ofertach internetowych można przebierać - dzięki konkurencji i wolnemu rynkowi.

Tę sielankę burzy jednak polskie państwo i część jego instytucji. Z niewiadomych powodów uparło się ono bowiem forsować system Windows Microsoftu. I to za nasze, podatników, pieniądze. Firmę, która dopuszczałaby się takich praktyk, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów natychmiast przywołałby do porządku grzywną sięgającą nawet 10 proc. obrotów. Ale czy UOKiK może ukarać państwo?

Użytkownicy systemów innych niż Windows są w Polsce pariasami. Traktuje się ich albo jak zło konieczne, albo jak powietrze. Przedstawicielom różnych instytucji nazwy Mac OS X czy Linux albo nie mówią nic, albo wywołują uśmiech pobłażliwości. "A nie może pan skorzystać z Windows?".

Otóż mogę, ale nie chcę. W Polsce czasami jednak nie chcę, ale muszę. Przedsiębiorca, który kupi macintosha albo peceta z Linuksem, może zrobić na nim wszystko: napisze pisma, zliczy bilans, poprowadzi korespondencję, połączy się z internetem. I mógłby żyć dalej w tym błogostanie, gdyby nie to, że co miesiąc musi rozliczyć się z ZUS. A tu bez Windows nie da rady. Program do obowiązkowych elektronicznych rozliczeń Płatnik istnieje bowiem tylko w wersji na ten system.

Jeśli internetowy bank wymusza stosowanie konkretnego systemu (a zdarzają się jeszcze takie!), można zmienić go na jeden z co najmniej kilkunastu innych. Ale przecież ZUS konkurencji nie ma.

Przykład drugi - telewizja publiczna. Jej internetowe ramię, iTVP, to medium niemal wyłącznie dla internautów z Windows. Owszem, takich jest większość, ale z mniejszością też należy się liczyć. Zwłaszcza jeśli działa się za publiczne pieniądze - także pochodzące od tej mniejszości.

Brytyjska BBC, wzorzec telewizji publicznej, od pewnego czasu udostępnia swoje archiwa w internecie. Potrzebny jest do tego specjalny program iPlayer. Początkowo pojawił się wyłącznie w wersji pod Windows. Wywołało to tak wielkie wzburzenie brytyjskich użytkowników macintoshy, że BBC błyskawicznie wydała program iPlayer w wersji także na komputery Apple'a.

I wreszcie przykład najnowszy, może nie najważniejszy, ale jakże wymowny: firmowana przez Państwowy Instytut Sztuki Filmowej strona internetowa poświęcona 50-leciu Polskiej Szkoły Filmowej. Kiedy zobaczyłem, że można tam za jedyne 3 zł wypożyczyć przez internet "Kanał" Wajdy czy "Pociąg" Kawalerowicza, zaśmiały mi się oczy. Po chwili jednak mina mi zrzedła, bo okazało się, że pliki z filmami da się odtworzyć tylko pod Windows.

Owszem, mogę pójść do zwykłej wypożyczalni, mogę nawet kupić płytę DVD. Ale czy to nie irytujące, że działający za publiczne pieniądze PISF staje się kolejną państwową instytucją, która promuje system jednego producenta?

Nie mam pretensji do Microsoftu - takie jego wilcze prawo, by sprzedawać jak najwięcej swoich produktów. Ale czemu ma mu w tym pomagać państwo?

Spora część polskich instytucji publicznych jest jeszcze komputerowo zacofana. Dla takich jak ja wyrzutków z windowsowej rzeczywistości to właściwie dobrze. Bo prawdziwe problemy zaczną się, kiedy elektroniczna komunikacja z urzędami czy rozliczanie podatków staną się obowiązkowe, a programy do tego służące, podobnie jak dziś Płatnik, będą działały wyłącznie pod Windows.

W konstytucji państwo polskie gwarantuje swoim obywatelom swobodę wyznania czy przekonań politycznych. Dlaczego u licha nie może im zagwarantować również swobody wyboru komputera i systemu operacyjnego?

*autor używa systemu Windows wyłącznie w pracy

czwartek, 10 kwietnia 2008
Polska Szkoła Filmowa już bez byków!
Brawa dla Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej - Kazimierz Kutz jest już Kazimierzem, nie Tadeuszem, zgadzają się też wszystkie fotosy. Nie wiem czy interwencja nastąpiła z powodu wczorajszego wpisu, ale jeśli rzeczywiście ktoś z PISF zaregował na to, co napisałem - dziękuję.

Popcorn wprawdzie został, ale niech tam :)

Gdyby jeszcze dało się te filmy obejrzeć nie tylko pod Windows, ale i pod Linuksem czy Mac OS X...

środa, 09 kwietnia 2008
Polska Szkoła Bykowa

Polski Instytut Sztuki Filmowej miał świetny pomysł, żeby przygotować stronę na 50-lecie Polskiej Szkoły Filmowej. Strona wygląda zacnie, można nawet wypożyczyć sobie film przez internet za marne 3 czy 5 zł. Absolutna rewelacja. No, prawie. Bo znakomity skądinąd efekt psuje kilka wpadek.

Pierwszy byk można znaleźć w dziale "Reżyserzy". Tadeusz Kutz? Pan Kazimierz jest osobą o fantastycznym poczuciu humoru (za "Upał" postawiłbym mu pomnik), więc pewnie się uśmieje zobaczywszy tę wpadkę PISF. Ale głupio to wygląda. Tym bardziej, że Kazimierz Kutz pojawia się w mediach bardzo często - jest przecież posłem - i z jego imieniem i nazwiskiem można się było osłuchać.

Kolejne wpadki można wypatrzeć w dziale "Filmy". Tu już trzeba bardziej sokolego oka i obycia z filmami PSF, ale wspólnie z kolegami z działu kultury wypatrzyliśmy trzy zdjęcia nie pasujące do tytułów ("Świadectwo urodzenia" - fotos z filmu "Salto"; "Zimowy zmierzch" - fotos z "Niewinnych czarodziejów" i "Kwiecień" - fotos na pewno nie od tego filmu, bo w "Kwietniu" z 1961 r. nie ma w obsadzie Zbyszka Cybulskiego).

I jeszcze drobiazg, ale wymowny. Na ekranie przed pobraniem filmu pojawia się zachęta, żeby rozsiąść się w fotelu i obejrzeć wygodnie film. "I tylko o popcorn musisz zadbać sam..." Coś mi tu zgrzyta, niczym popcorn między zębami. "Kanał" to przecież nie "Spiderman".

wtorek, 08 kwietnia 2008
Nie ma ognia bez dymu
Paryżanie ostro potraktowali wczoraj sztafetę ze zniczem olimpijskim. Na pewien czas ogień nawet zgasł. Ale to na pewno nie koniec dymienia na trasie olimpijskiego ognia. Jeśli chcecie wiedzieć dokładnie, gdzie są teraz Chińczycy ze zniczem, wystarczy zerknąć na poniższą mapkę, albo na specjalną stronę Google'a (jeśli na mapce widzicie "Informacje czasowo niedostępne, nie zrażajcie się - przeważnie pomaga odświeżenie strony).

9 kwietnia znicz przybywa do San Francisco - matecznika Google'a. Ciekawe jak powita sztafetę spółka, której prospekt emisyjny zaczynał się od motta: "Nie czyń zła".

czwartek, 03 kwietnia 2008
Potwornie śmieszni politycy
Dzwoni brat były premier do brata prezydenta i słyszy...

środa, 02 kwietnia 2008
35 lat komórki
Jak donosi Dziennik.pl via serwis karciarz.pl, przenośnemu telefonowi stuknęło 35 lat. Z okazji urodzin, reklama pierwszych komórek Centertela (via spoty.blox.pl). Czy dzisiejsza młodzież uwierzy, że z tego nie dało się nawet wysłać SMS-a i płaciło się nawet za rozmowy przychodzące? :)

Przez pewien czas miałem okazję używać takiej komórki Centertela. Głównie dlatego, że TP SA nie była w stanie przez długie miesiące podciągnąć linii telefonicznej do miejsca, gdzie wtedt mieszkałem (warszawski Mokotów). Ale moją prawdziwą pierwszą własną komórką było Mitsubishi MT-20, w 1998 r. jeśli mnie pamięć nie myli. To był wypas, nawet z kalendarzem.

A jakie były wasze pierwsze spotkania z komórką?

Dla kontrastu - najnowsza reklama iPhone'a. Trochę się przez te lata zmieniło.

wtorek, 01 kwietnia 2008
Co mnie bawiło

Długo zastanawiałem się co by tu wymyśleć dowcipnego na 1 kwietnia, ale nie jestem w stanie przebić primaaprilisowej ratyfikacji traktatu po miesięcznej burzy w szklance wody czy zdjęć tajnych agentów na Naszej-klasie.

Dlatego postanowiłem przygotować małe zestawienie durnych filmików, które najbardziej w życiu mnie rozśmieszyły. Nie jest to ranking, bo nie mam hecomierza ((c) by Papcio Chmiel), który pozwoliłby mi określić stopień zarykiwania się od śmiechu przy poszczególnych filmach, dlatego pokażę je w kolejności chronologicznej, w jakiej je oglądałem:

  • Hi jack

    Ten film oglądałem w czasach gdy o YouTube czy Google jeszcze nikomu się nie śniło. Ba, z internetu korzystało się wyłącznie za pomocą modemów. "Hi Jacka" oglądaliśmy ze znajomymi na laptopie podczas podróży do Krakowa, w czasie imprezy w Krakowie i chyba nawet jeszcze w drodze powrotnej. Nie wiem ile razy w ciągu tych 48 godzin odtwarzaliśmy "Hi Jacka" - kilkadziesiąt? może nawet i setkę. Brzuchy nas bolały okropnie i skręcaliśmy się ze śmiechu nawet kiedy ktoś krzyknął "Hi Jack".

  • Mól książkowy

    Klasyka, już z czasów szybkiego internetu. Polski szpagatowy inteligent w pełnej krasie. "A pan bardziej wypożycza czy kupuje?" "Średnio, nie powiem panu." Kwestia "nie powiem panu" w gronie moich znajomych zrobiła furorę.

  • Ukraińscy (rosyjscy?) górnicy

    Mistrz drugiego planu. Mistrz wszechczasów.

  • Mucha nie siada

    Arcydziełko prawdziwe. I scenariuszowo, i realizacyjnie. Uwielbiam kreskę w tej animacji i wszystkie szczególiki - miny much-obserwatorów, znaczek Batmana, muzykę. No i monolog muchy-głównej bohaterki. "No to se, k... polatałam" i "nikt, k..., nic nie powiedział" też na dobre weszły do slangu mojego i moich znajomych

  • Polski, k... biznesmen w UK, k...

    Last but not least. Właściciwie mam mieszane uczucia oglądając ten kawałek. Naprawdę mnie śmieszy ta mieszanka polsko-angielska z kilkunastokrotnym k... w charakterze przecinka. A zaraz potem przychodzi kac: z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie?

czwartek, 27 marca 2008
Herr Tusk i Herr Kaczyński

Po dzisiejszej "Kropce nad i" na miejscu prezydenta Kaczyńskiego wysłałbym Jacka Kurskiego na ambasadora do Ułan Bator. Po słynnym orędziu z muzyką z "Polskich dróg" wszyscy myśleli, że prezydent postanowił w ten sposób bronić kraju przed niemiecką nawałą. Owszem, wyglądało to wyjątkowo niepoważnie, ale cóż, taki to prezydent wszystkich sympatyków PiS. Tymczasem po dzisiejszych wyznaniach Jacka Kurskiego u Moniki Olejnik okazuje się, że tę i tak już wielką wtopę można pogłębić jeszcze bardziej. Kurski oświadczył bowiem, że prezydent nie miał pojęcia o podłożonych obrazkach z teutońską mapą, paniami Merkel & Steinbach tudzież gejowskim ślubem w Toronto. Słowem prezydent nie dość że wypadł niepoważnie to kompletnie nie panuje nad swoim otoczeniem, które wsadza go na takie miny jak meloorędzie antyfaszystowskie.

Mówiąc obrazowo, za pomocą klasycznego anglosaskiego porównania: gówno już i tak wpadło w wentylator, zaś poseł Kurski zamiast wentylator wyłączyć przestawia go na wyższy bieg.

Podobnie postąpił dzisiaj zresztą jego klubowy kolega poseł Karski, ostatnio namiętnie nazywany przez kolegów "doktorem prawa międzynarodowego". W dniu, kiedy "Dziennik" i "Gazeta" piszą o dyplomatycznym kwasie jaki wywołało meloorędzie prezydenckie (kanclerz Merkel przedstawiona jako niemiecki odwetowiec przestała się palić do dyplomatycznej inicjatywy z Polską na rzecz Ukrainy), Karski od rana mówi o "Herr Tusku", któremu Angela Merkel każe jak najszybciej podpisywać traktat Lizboński, "choćby nawet z Joanniną, jeśli nie da się jej wykreślić." Takie bzdury plecie publicznie w mediach rzekomy doktor prawa międzynarodowego. (Przy okazji, panie pośle doktorze, jak kanclerz Merkel zwracała się w czerwcu w Brukseli do prezydenta? Zapewne Herr Kaczyński, prawda? :)

I nikt w PiS-ie nie potrafi rozgryźć zagadki: czemu Platforma ma dwa razy wyższy słupek poparcia niż PiS. Pewnie Frau Merkel kazała zmanipulować sondaże.

PS. A skąd ten film, zapytacie? Ano grzebiąc w YouTube pod hasłem "tusk" trafiłem na kilkadziesiąt co najmniej teledysków do jednego z przebojów grupy Fleetwood Mac - "Tusk". To jeden z nich. "Tusk" to po angielsku "kieł".

wtorek, 25 marca 2008
I po (białych) świętach
Trudno w to uwierzyć, że to była Wielkanoc, a nie Boże Narodzenie, ale tak właśnie wyglądał wielkanocny poniedziałek w Rykach, 100 km na południe od Warszawy.

wtorek, 18 marca 2008
Polnische Wege (nach Brüssel)
Liebe Zuschauer!

Gute Unterhaltung! :)