Na liczniku odsłon mamy:

hit counter
free web counter

Map IP Address
Powered byIP2Location.com

Kategorie: Wszystkie | Apple | Archiwum X | Humor | Kultura | Muppet Sejm | Polityka | Variactwo | Warsztat
RSS
poniedziałek, 26 maja 2008
Phoenix wylądował!

Dosłownie kilka minut temu wylądowała na Marsie sonda Phoenix. W centrum kontroli lotów w Jet Propulsion Laboratory w Pasadenie najpierw nerwowe zagryzanie palców, potem radość na kolejnych etapach: wejście na orbitę, wejście w atmosferę, odpalenie spadochronu, wreszcie lądowanie - i prawdziwa eksplozja, tu na Ziemi. Wszyscy gratulują sobie udanej misji.

To, jak przygotowano rakietę i lądownik do tak precyzyjnego przedsięwzięcia jak trafienie z odległości kilkuset milionów kilometrów w obszar 60 na 20 mil, nie mieści mi się w głowie. O wiele lepiej rozumiem to, jak przygotowano PR-ową otoczkę całej misji. Transmisję oglądałem na żywo w internetowej NASA TV. Już na ponad godzinę przed lądowaniem każdy z szefów poszczególnych działów szczegółowo opowiadał reporterce za co jest odpowiedzialny, co będzie się działo - a wszystko bogato ilustrowano mutlimedialnymi materiałami.

Naukowcy, nawet ci marsjańscy, wcale nie muszą być z Marsa.

Foto: NASA

sobota, 24 maja 2008
Pan Kazio odleciał

Tylko tak można skomentować weekendową "aferę podsłuchową" rozpętaną przez "Dziennik" do spółki z Kazimierzem Marcinkiewiczem (albo vice versa, przez Marcinkiewicza do spółki z "Dziennikiem"). Od 23 z minutami w piątek do teraz (14.30 w sobotę) trwa - jak to pisze "Dziennik" - "burza polityczna". Media strzelają wciąż tym samym newsem, politycy zdążyli się już poopluwać i pozabierać swoje łopatki z piaskownicy. I do jasnej cholery nikt nie zdobył się na chwilę autorefleksji i logicznego myślenia, począwszy od reporterów - ponoć śledczych - "Dziennika, poprzez ekipę TVN 24, aż po samych polityków (choć akurat tych ostatnich o nadmiar inteligencji i autorefleksji nie śmiem nawet podejrzewać).

Zastanówmy się i rozbierzmy całą tę informację na części: były premier Kazimierz Marcinkiewicz ujawnia, że prezydent kazał go podsłuchiwać. Wie to od jakichś tajemniczych źródeł. Dlaczego głowa państwa kazała go podsłuchiwać? Bo Kazio stanął na drodze do premierostwa jego bratu Jarosławowi.

To, że Kazimierz M. odleciał i od czasu do czasu próbuje sam siebie odgrzewać w mediach jak starego kotleta, niespecjalnie mnie dziwi. To, że zdarzyło mu się już mówić najrozmaitsze głupoty - też nie budzi mojego zaskoczenia. Ale tym razem minął się z logiką gdzieś daleko w tunelu pod Kanałem La Manche.

  • Jak Kazio mógł stanąć Jarkowi na drodze do fotela premiera? Kazio został przyniesiony w teczce przez Jarosława i w lipcu 2006 r. w tej samej teczce został wyniesiony, kiedy Jarosław zakończył sejmowy nadzór nad najważniejszymi pracami legislacyjnymi, czyli odzyskiwaniem kolejnych instytucji, od Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, po służby specjalne. Kiedy Sejm zrobił co najważniejsze, Jarosław mógł zająć się rządzeniem państwem. A Kazia przesunąć z A1 na F4.
  • Jak prezydent-elekt mógł cokolwiek nakazać w grudniu 2005 r. szefowi ABW? Pomijam fakt, że szef ABW podlega bezpośrednio premierowi. Ale prezydentem prawdziwym, nie elektem, był wtedy Kwaśniewski. Zapomnieliście o nim, panie były premierze Kazimierzu i wy, dociekliwi reporterzy z "Dziennika"? Sądzicie, że możliwe byłoby założenie podsłuchu rządzącemu premierowi tak, by urzędujący prezydent nie miał o tym zielonego pojęcia? Przypuszczam że wątpię.
  • Jak dopiero co mianowany szef ABW Witold Marczuk byłby w stanie już po kilku dniach kierowania Agencją wykonać taki numer jak podsłuch premiera? Marczuk objął kierownictwo ABW 30 listopada. Jeśli Lech Kaczyński był jeszcze elektem, to cała zabawa musiała się rozegrać przed 23 grudnia. W trzy tygodnie Witek Marczuk zainstalował się na stanowisku szefa ABW, znalazł zaufanych agentów i w przerwie między wyrabianiem nowego identyfikatora, zapamiętywania kodów do kserokopiarki i PIN-u do komórki, zmontował megaaferę na 24 fajerki. Litości.
Ciekaw jestem też czy "Dziennik" próbował dotrzeć do owych tajemniczych źródeł Kazimierza M.? Odpytywanie zainteresowanych w tej sprawie wygląda też nędznie. Z tekstu wynika, że próbowano się skontaktować z Michałem Kamińskim z Kancelarii Prezydenta. W piątek rano. A że był długi weekend od czwartku, więc się nie skontaktowano. Od Witolda Marczuka nie ma nawet słowa. Mając tylko słowa Marcinkiewicza przeciw ciszy z drugiej strony w życiu nie odpaliłbym takiej bomby w gazecie, a już na pewno nie na czołówce.

Pikanterii sprawie dodaje fakt (uwielbiam ten frazes wyświechtany jak paryski bruk :), że o podsłuchiwaniu Kazimierz Marcinkiewicz wspominał już z rok temu na antenie TVN24 ("cały czas zachowuję się tak, jak byłbym podsłuchiwany"), mniej więcej wtedy, kiedy o podsłuchiwaniu wspomniał były prezydent Kwaśniewski.

Panie były premierze Kazimierzu, słuchać hadko.

Fot. Wojciech Surdziel/AG

piątek, 16 maja 2008
Boże Ciało z muszkieterami

Istnieje poważne ryzyko, że w Boże Ciało będzie lało (ale się rymnęło). Wtedy pewnie spora część was, drodzy czytelnicy, będzie przeglądała nerwowo gazety z programem TV. Służę autorskim mikroprzewodnikiem po czwartkowym programie.

Kilka telewizji chyba umówiło się, by tego dnia wyświetlać filmy o muszkieterach:

  • TVP 1, godz. 15.10 - ”Trzej muszkieterowie”, wersja z 1993 r. w reż. Stephena Hereka (ta z Chrisem O'donnelem jako d'Artagnanem).
  • Zone Europa, godz. 20.00 - ”Trzej muszkieterowie”, ale w wersji z 1973 r., w reż. Richarda Lestera (tam d'Artagnana gra Michael York, a poza tym Richard Chamberlain jako Aramis, no i Raquel Welch jako Konstancja Bonacieux :).
  • TV4, godz. 21.00 - ”D'Artagnan”, film angielsko-niemiecki z 2001 r. Nie mam pojęcia kim jest reżyser Peter Hyams, ani aktor Justin Chambers, ale wersji Lestera raczej nie ma szans przebić.
I żałuję tylko, że nie mogę znaleźć radzieckiej wersji ”Trzech muszkieterów” z 1978 r. (reż. Gieorgij Jungwald-Chilkiewicz) ze słynną piosenką ”Para, para, paradujemsia...” :)

Na zdjęciu z serwisu nostalgia.starzaki.eu.org kolejne wcielenie d'Artagnana - Dogtanian ze słynnej kiedyś dobranocki

czwartek, 15 maja 2008
Nagroda dla Wajdy i koniec transformacji

Mała impresja z dzisiejszej - właściwie już wczorajszej - uroczystości w firmie: przyznanie Andrzejowi Wajdzie tytułu Człowieka Roku 2008 "Gazety Wyborczej" (jakość średnia, bo to nagranie z komórki).

Jak zauważył Adam Michnik nagroda może wyglądać na kumoterstwo - bo to u Wajdy w mieszkaniu podpisano umowę założycielską spółki Agora, wydawcy "Gazety" - ale dzisiaj historia zatoczyła ciekawe koło: jeden z ojców-założycieli "Gazety" zostaje Człowiekiem Roku w dniu, kiedy Bank Światowy ogłosił, że polska gospodarka oficjalnie zakończyła okres transformacji.

Oczywiście wielu ludzi popuka się w głowę: czy od tego oświadczenia przybędzie mi coś w portfelu? Bezpośrednio rzecz jasna nie, ale poza lepszym samopoczuciem taka opinia oznacza też zapewne rychło większą wiarygodność kredytową naszego kraju, a co za tym idzie niższe koszty pożyczania pieniądza. A że tych pieniędzy wciąż nasz budżet pożycza mnóstwo, mogą z tego być całkiem zacne oszczędności.

Ale po tej dygresji wrócę na chwilę do "Gazetowej" imprezy. Prawdziwą rewelacją była laudacja wygłoszona przez prof. Janusza Tazbira. O historii filmów Wajdy i historii w filmach Wajdy profesor opowiadał z taką swadą, sypiąc jak z rękawa anegdotami z kolejnych epok historycznych, że słuchało się tego doskonale. Ot choćby tego, że choć Andrzej Wajda szalenie dba o zgodność swoich filmów z historycznymi realiami, to i jemu nie udało się ustrzec od drobnych wpadek - ale co tam, kolejkę Paryżan po chleb w "Dantonie" można mu wybaczyć (choć zdaniem profesora Tazbira kolejek po chleb w czasie Rewolucji Francuskiej być nie mogło - nowa władza bardzo dbała pod tym względem o obywateli).

A zresztą sami przeczytajcie i obejrzyjcie laudację prof. Janusza Tazbira.

poniedziałek, 12 maja 2008
Ktoś tu się ujarał

PR-owcy premiera, którzy ponoć zajęli jakiś ważny kawałek Kancelarii (bibliotekę czy coś), strzelili w weekend w dziesiątkę. Premier dał wywiad do "Newsweeka", w którym wspomniał o paleniu trawki w młodości (coś ze 30 lat temu). Wystrzelona w niedzielę zajawka wywiadu wzięła sporą część mediów szturmem: "Fakty" zrobiły z tego spory materiał, a "Polska" nawet zdjęcie na czołówce. Efekt leniwej niedzieli, kiedy mało się dzieje, więc ujarany premier jest jak znalazł. A że materiały są o niczym? Nieważne, ważne że się czytają/oglądają. Co ważniejsze o premierze się dużo mówi, za to nie pyta się go o konkrety i plany na przyszłość lecz o trawkę sprzed 30 lat. Jeśli ktoś tu jest ujarany to raczej ci, którzy rzucają się na takie mało finezyjne PR-owe kąski.

A tym, którzy jak posłanka Kempa z PiS rzucają się z umoralniającymi tyradami przypomnę tylko jak za rządów koalicji PiS, LPR i Samoobrony tłumaczono niegdysiejsze szaleństwa członków Młodzieży Wszechpolskiej. Niech pani poseł przypomni sobie kibolską twarz ministra rybołóstwa Wiecheckiego na okładce "Polityki" czy faszystowskie teksty wiceprezesa TVP Farfała w jakimś ultraprawicowym fanzinie. To wszystko były błędy młodości, prawda?

Nie o tym jednak chciałem napisać notkę - chociaż też będzie trochę nawiązywała do oparów absurdu. Google udostępniło kolejny język w swoim automatycznym serwisie tłumaczącym - język polski. Natychmiast postanowiłem sprawdzić jak to działa: "Gdybym ja miała skrzydełka jak gąska" --> "If I had wings like gąska". Gąskę wcięło, ale całkiem nieźle. Zachęcony postanowiłem przetłumaczyć Googlem tego bloga - i wybaczcie, drodzy czytelnicy, ale cały czas parskam ze śmiechu pisząc te słowa. Sami zresztą możecie sprawdzić jak to wygląda :) Na szybko tylko kilka co lepszych kawałków:

  • Szpitalne ABC Elżbiety Cichockiej to ABC Elizabeth Hospital Cichockiej.
  • Prześmieszne są związki frazeologiczne, w których Google tłumaczy jedno słowo, a zostawia w oryginale inne: np. "dojna krowa" --> "dojna cow" :)
  • Jak się tłumacz Google'a zaprze, to tłumaczy wszystko po kolei, nawet jeśli już jest w danym języku - np. w notce o parodii "Wall Street Journal" pojawił się tytuł "My WSJ" - został przetłumaczony na "We WSJ" :))
  • Finezyjne puenty giną w czeluściach serwerów Google'a. Np. w komentarzu do misji TVP napisałem "I warto wiedzieć, czy [abonament] trafia na misję, czy na "Misję specjalną". Co z tego wyszło? "I want to know if the mission goes on, whether the "special mission"."
  • Automatycznemu tłumaczowi zdarza się niekonsekwencja - raz "Na dobre i na złe" tłumaczy dobrze "For better or worse", innym razem robi potworka "On good and bad".
  • Najlepszy tekst automatycznego tłumacza to jednak przetłumaczenie "społecznej zrzutki na TV" jako "social screenshot on TV". Genialne :)
Żeby była jasność, naśmiewam się raczej dobrodusznie, bo tłumacz Google'a może się sprawdzić całkiem nieźle w przypadku prostszych tekstów (zwłaszcza tych pisanych polskim pidżinem korporacyjnym) i pozwoli się zorientować chociaż trochę o co chodzi. Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że przy każdym zdaniu można obejrzeć oryginał (wystarczy najechać myszką na tekst) i jeśli tłumaczenie jest do kitu, można zaproponować własne. Idę o zakład, że Google robi z tego bazę do analizy tłumaczeń. I to dopiero może być potężne narzędzie.

Ale na razie niektóre tłumaczenia Google'a wyglądają jak powyższy obrazek z autorką "Sierotki Marysi". I całe szczęście, bo dzięki temu my, tłumacze, mamy z czego żyć i jeszcze przez trochę będziemy mieli co robić.

Maryśkę Konopnicką powziąłem z bloga debergerac.blox.pl za zgodą autora. Dzięki :)

sobota, 10 maja 2008
Lodziarze, możecie spać spokojnie

PiS zadba o losy lodziarzy? :)

A tak poważnie, wokół szpitali rozpętała się prawdziwa histeria. PO częściowo się do tego przyłożyła. Więcej w sobotniej "Gazecie", a na razie szpitalne ABC Elżbiety Cichockiej, czyli poradnik, który pozwoli trzeźwo ocenić masę idiotycznych wypowiedzi polityków, jakich na pewno można się spodziewać w ten weekend.

Zdrowego weekendu, najlepiej na świeżym powietrzu.

czwartek, 08 maja 2008
19 lat, z tego 14 moich

I ani się człowiek obejrzał, a tu ”Gazecie” stuknęła kolejna rocznica. Za miesiąc z ogonkiem (13 czerwca) stuknie też kolejny rok mojej pracy w redakcji - już 14. Przez te 14 lat zdążyłem pracować w dodatku ”The Wall Street Journal Europe” (tak, tak, ”Dziennik” wcale nie był pierwszy - ”Gazeta” wydawała dodatek z tłumaczeniami z ”WSJ” już w 1994 r. :), w dziale gospodarczym, nauki, potem w budującym się w pocie i znoju internecie, a w końcu trafiłem do działu gospodarczego i pracuję tu sobie od 2001 r.

14 lat to kawał życia, mnóstwo poznanych ludzi, wiele przeżytych w redakcji i z redakcją wydarzeń. Fantastyczne 14 lat, bez dwóch zdań. Gdybym śpiewał jak Edith Piaf, mógłbym zaśpiewać ”Je ne regrète rien” :)

Najbardziej intensywne wydarzenia redakcyjne tych 14 lat? Na pewno relacjonowanie na żywo do internetu zamachów z 11 września: kilkanaście stron internetowych, agencje i dwa telewizory obok - a ja z tego wszystkiego odsiewam szum i sprzeczne informacje. Emocjonujące było też czekanie do 4 nad ranem na sygnał od pierwszego marsjańskiego łazika. Zdążyliśmy dać zdjęcie bodajże na ostatnie 10 tys. egzemplarzy nakładu, tzw. górny Mokotów.

A najbardziej idiotyczne wydarzenie? Wyjście przez szklane drzwi jeszcze w starym budynku redakcji. Spieszyłem się na jakąś konferencję w sprawie problemu roku 2000. I nie zauważyłem, że drzwi były zamknięte. Wyszedłem przez nie w biegu. Sprawdziłem, że żyję i wpadłem do czekającej taksówki. Dopiero w środku zobaczyłem, że rękę mam całą zakrwawioną. Po drodze w kiosku kupiłem chusteczki higieniczne i z taką owiniętą zakrwawionymi chustkami ręką trzymałem dyktafon w kancelarii premiera. Panowie z BOR-u dziwnie patrzyli, ale nie wyprosili mnie z konferencji.

Praca, w której codziennie dzieje się coś nowego, ciekawego? Bezcenne. Za wszystko inne można zapłacić kartą.... [cenzura reklamowa] ;)

Na zdjęciu wczorajszy słoneczny dzień na Czerskiej

wtorek, 29 kwietnia 2008
Abonament na dobre i na złe
Komentarz z dzisiejszej drugiej strony "Gazety":

TVP z misyjnym stemplem
TVP walczy o zachowanie abonamentu. Nic dziwnego, w 2007 r. było to 27 proc. jej przychodów. Reszta to wpływy z reklam, jak w telewizjach komercyjnych. W niedzielę TVP wyświetlała przed wszystkimi programami „pieczątkę", że finansowano je z abonamentu, czyli że to owa mityczna misja, o której tyle słychać, a tak rzadko ją widać.
Z abonamentu zakupiono więc podobno „Gumisie" czy wieczorny włoski film „Czas religii". To w „Jedynce”, a w „Dwójce” „misyjną pieczątką” opatrzono serial „Na dobre i na złe” (telenowela o szpitalu w Leśnej Górze, który byłby chlubą NFZ, gdyby tylko istniał). Serial jak serial, na tle innych telenowel trzyma niezły poziom, ale żeby zaraz dzieło misyjne?
Misyjny argument jest tym bardziej bałamutny, że „Na dobre i na złe" - jak wiele innych telenowel - to dla TVP dojna krowa. Reklamy wokół serialu trwają po kilka minut - tyle, na ile pozwala telewizji publicznej ustawa. TVP zgarnia za nie po kilkaset tysięcy za odcinek. Powinno wystarczyć na zakup serialu, i to z górką.
Zresztą serial nie jest finansowany wyłącznie z pieniędzy TVP. Producent zawiera intratne kontrakty choćby na tzw. product placement. To, że serialowa dr Zosia Burska zmienia fiata na opla, to nie widzimisię scenarzysty, tylko ukryta reklama, za którą producent samochodu płaci duże pieniądze.
Ten, kto nam wmawia, że TVP dopłaca z abonamentu, by widzowie mogli obejrzeć przygody szlachetnych lekarzy z Leśnej Góry, ma nas za idiotów. Chyba że w TVP okruszki z abonamentu przypadają z rozdzielnika każdemu programowi - i spektaklowi Teatru Telewizji, i gwiazdom tańczącym na lodzie.
Rzeczniczka TVP tłumaczy, że „stempel nadawano przed wszystkimi audycjami, ponieważ - zgodnie z ustawą o radiofonii i telewizji oraz przyjętą w ustawodawstwie europejskim definicją misji publicznej - misję publiczną wypełniają wszystkie audycje - o bardzo zróżnicowanym charakterze i różnej strukturze gatunkowej”.
Ale ponad rok temu Jonathan Todd, rzecznik komisarz UE ds. konkurencji, tak wyjaśniał, dlaczego Komisja Europejska zaczęła badać zasady finansowania mediów publicznych w Polsce: „Chodzi o to, żeby pieniądze przekazywane przez państwo lub z abonamentów nie służyły do finansowania »komercyjnej« części programu”.
Społeczna zrzutka na TVP idzie na dobre i na złe. I warto wiedzieć, czy trafia na misję, czy na "Misję specjalną".

czwartek, 24 kwietnia 2008
Lord Vader poszukiwany
Notka z PAP, która musi budzić szeroki uśmiech na twarzy :)

W.Brytania/ Wydano nakaz aresztowania Dartha Vadera

24.4.Londyn (PAP/pr.) - Brytyjskie władze wydały nakaz aresztowania mężczyzny, który w stroju Dartha Vadera, słynnego czarnego charakteru z "Gwiezdnych Wojen" George'a Lucasa, zaatakował dwie osoby - napisał w czwartek dziennik "Daily Telegraph".

Według gazety, poszukiwany mężczyzna odziany w czarny płaszcz i zakrywającą twarz maskę wdarł się do ogrodu dwóch innych fanów filmowej sagi Lucasa i uderzył ich metalową kulą ortopedyczną, imitującą filmowy miecz świetlny.
Sędzia, który wydał nakaz aresztowania, zażądał doprowadzenia sprawcy przez policję. "Mam nadzieję, że wkrótce będzie z nim moc" - powiedział.

Na zdjęciu polski Lord Vader w opakowaniu zastępczym (Gdańsk, rok 2004).

wtorek, 15 kwietnia 2008
Parodia "The Wall Street Journal"

Czołówka o dekrecie prezydenta Busha znoszącym śmierć i podatki oraz karykatura skrajnie prawicowej publicystki Ann Coulter topless - takie smaczki Amerykanie mogą znaleźć od wtorku w gazecie "My Wall Street Journal", która trafiła do kiosków w cenie 3,95 dol.

Zbieżność tytułu z "The Wall Street Journal" nie jest wcale przypadkowa - "My WSJ", który ukazał się w nakładzie 250 tys. egzemplarzy, to parodia słynnego dziennika ekonomicznego o nakładzie ponad 2 mln. Skopiowano całą makietę, a nawet słynne karykatury "WSJ".

Chodziło o ośmieszenie medialnego magnata Ruperta Murdocha i jego koncernu News Corp., który w zeszłym roku przejął „WSJ”, najsłynniejszą gazetę ekonomiczną wychodzącą od 1889 r. Zespół „WSJ” protestował, obawiając się utraty niezależności dziennikarskiej i tabloidyzacji dziennika. W „My WSJ” nad logotypem „WSJ” zamieszczono tabloidowy banner zachęcający do „wygrywania miliardów na giełdowej loterii” i zdjęcie Murdocha z tekstem: „Jestem Rupert Murdoch! Zapraszam do czytania »My Wall Street Journal «.”

"My WSJ" ponoć bardzo zirytował ekipę Murdocha. Jak donosi "New York Times", w Los Angeles przedstawiciel prawdziwego "WSJ" próbował wykupić wszystkie egzemplarze "My WSJ", które wyłożono w kioskach.

Ale być może jest to tylko plotka rozpuszczana przez autorów tego dowcipu, którzy np. na YouTube zamieścili filmik, na którym Murdoch się wkurza z powodu "My WSJ". Oczywiście Murdoch na YouTube jest fałszywy, ale wyobrażam sobie, że prawdziwy Rupert mógł rzucać jeszcze większym mięsem :)

Parodię "WSJ" wydała spółka Manhattan Media LLC, a jej pomysłodawcą jest satyryk i scenarzysta Tony Hendra. Teksty do "My WSJ" napisali m.in. autorzy słynnego serwisu satyrycznego "The Onion", "New Yorkera" oraz scenarzyści popularnych programów "The Daily Show" i "Saturday Night Life". Hendra ma na swoim koncie więcej gazetowych żartów. "WSJ" parodiował już wcześniej w 1982 i w 1983 r. Dwa wydania "Off the Wall Street Journal" sprzedały się w 700 tys. egzemplarzy. Wszystko zaczęło się jednak w 1978 r. podczas strajku "New York Timesa". Przygotowany przez Hendrę "Not the New York Times" sprzedał się w ciągu trzech tygodni w 300 tys. egzemplarzy.

Dowcip rzeczywiście przedni i na ogromna skalę. Najlepsze są smaczki, które widać dopiero przy bliższym zapoznaniu się z "My WSJ", takie jak przeróbka motto gazety (zamiast "We report, you decide" - jest "We distort, you decide"). Polecam też klikanie na stronie wsjparody.com w bannery sponsorów - Texacon, BareSterns itd. Prześliczne, podobnie jak tekst ze środka o tym, że muzułmanie cieszą się z powodu wybuchu w Europie epidemii choroby wściekłych świń ;)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19